środa, 7 września 2016

Pomagacze i uspokajacze dla noworodka

Gdy na świecie pojawił się mój Pierworodny poświęcałam mu całą swoją uwagę. Nosiłam, tuliłam, bujałam, szuszałam i śpiewałam. Na każdy płacz, na każde stęknięcie, ja zawsze byłam obok. Owszem, przypłaciłam to permanentnym zmęczeniem i niewyspaniem, ale zdecydowanie było warto. Z niezwykle wymagającego niemowlaka, wyrasta mi samodzielny i pewny siebie przedszkolak.

Sprawa ma się nieco inaczej przy drugim dziecku. Oczywiście, chciałabym być z nim przez cały czas, i tak jak z Ignasiem, poświęcać mu 100% uwagi. Ale teraz, oprócz noworodka, mojej uwagi potrzebuje też dwulatek. Wiedziałam, że za drugim razem będę potrzebować parę gadżetów, które teoretycznie miałaby ułatwić mi opiekę nad maluszkiem. Przy Ignasiu nie inwestowałam w żadne pomagacze, przy Edziu czułam, że bez nich się nie obędę.

http://www.lisiamama.pl/2016/09/pomagacze-i-uspokajacze-dla-noworodka.html

Ignaś, jak na miłośnika dinozaurów i kraks kolejowych przystało, potrafi zrobić niezły hałas. Chciałam, żeby Edzio miał jednak możliwość wyciszenia się w ciągu dnia i przespania w miłej atmosferze. I tak oto w naszym domu pojawiły się uspokajacze, które miały sprawić, że Edzio poczuje się bezpieczny, mimo, że leży sam w koszu.



SMOCZKI


Po przejściach z pierwszym synkiem, to na nie liczyłam najbardziej. Ignaś już od pierwszych chwil życia miał bardzo mocny odruch ssania. Gdy byłam jeszcze z nim w szpitalu, to położna laktacyjna doradziła mi podanie smoczka. I rzeczywiście smoczek pozwolił mi złapać oddech przy zajmowaniu się maluszkiem. Przez pierwsze półtora roku życia Ignaś, noc w noc, budził się na karmienie co 2 godziny. Na palcach jednej ręki mogę zliczyć przypadki, że spał ciągiem przez dłuższy czas. Gdyby nie smoczek, pewnie pobudki byłyby znacznie częstsze. Również w ciągu dnia uwielbiał mieć coś w buzi i ssać, ssać, ssać. A gdy wypluwał smoka, to momentalnie robił się głodny i tak w koło Macieju!

Przy Edziu jest zupełnie inna sytuacja. Przez pierwsze trzy tygodnie życia kompletnie nie akceptował smoczka. Po prostu po zjedzeniu nie czuł już więcej potrzeby ssania. Po kilku nieudanych próbach postanowiłam, że nie będę mu na siłę wciskać plastiku do buzi. Jednak sytuacja zmieniła się, gdy pojawiły się problemy z zasypianiem, głównie w nocy po zmianie pieluszki. Wtedy lisi tata ze swoim uporem pomagał maluszkowi zassać smoczek, dzięki czemu Edzio spokojnie zasypiał. Mi to nadal się nie udaje, więc podczas drzemek w ciągu dnia nie używamy smoczków. Zapas mamy spory i jestem gotowa na każdą ewentualność!


SZUMIĄCY MIŚ


Ile ja się naczytałam pozytywnych opinii o szumiącym misiu! Ba, nawet w telewizji o nim mówili! Podobno działa cuda i każdy maluszek zasypia przy nim błogim snem. Wymarzyłam sobie, że szumiś sprawi, iż Edi będzie spał spokojnie, kiedy obok niego odbywać się będą wyścigi koparek i przepychanki triceratopsów. Delikatny szum miał wyciszyć i stworzyć przyjazne środowisko. 

Miś wg mnie jest przeuroczy i bardzo starannie wykonany. Wydaje się być zabawką na lata, którą można przekazywać kolejnym dzieciom. W łapkach ma magnesy, dzięki czemu można zaczepić go w różnych miejscach (na brzegu łóżeczka, na wózku), a gdy się nie da tego zrobić, można go położyć jak zwykłą maskotkę. W główce misia jest kieszonka, do której wkłada się mechanizm szumiący. Na dalsze wyjazdy i spacery zabieram ze sobą sam mechanizm, bez maskotki. Przydałaby się według mnie jakaś mini wersja misia, właśnie na wyjazdy, chociażby mała torebeczka. Zdecydowanie nie lubię dźwigać zbędnych ciężarów, a takie maluszki nie czują jeszcze potrzeby posiadania przytulanek.

Bardzo podoba mi się możliwość ustawienia głośności szumu. Dodatkowo, po 40 minutach szumienia, miś nie wyłącza się nagle, tylko delikatnie się wycisza. Ja traktuję go jako swojego rodzaju zegarek, gdy w nocy odmierza mi długość karmienia i pielęgnacji nad maluszkiem.

My dostaliśmy misia w prezencie od cioci, która wybrała nam rozbudowaną opcję Whisbear z funkcją Cry Sensor. Oznacza to, że miś sam włącza się, gdy maluszek zapłacze, ale mechanizm też uruchamia się przy innym głośniejszym dźwięku. Czytałam opinie zadowolonych rodziców, którzy pisali, że gdy ich maluszek budzi się w nocy, to czasem wystarczy, że szumiś się uruchomi, a dziecko wtedy samo zasypia. Brzmi jak bajka, prawda? Ja jednak jestem naiwna, bo uwierzyłam, że i u nas tak będzie - jednak jeszcze ani razu miś nie ukołysał Edzia do snu. Owszem, szum jest kojący i miło się przy nim zasypia (przynajmniej rodzicom...). W ciągu dnia stwarza przyjemną atmosferę, ułatwiając zaśnięcie i wydłużając czas drzemki. Ale nieco przeceniłam możliwości pluszowego misia. Zdecydowanie musieliśmy przez pierwsze 3-4 tygodnie użytkowania nauczyć maluszka spania przy szumie, nie przyszło to samo.
Dodatkowo zaskoczyło mnie, że baterie wyczerpały się po 2 tygodniach użytkowania. Zdecydowanie należy zainwestować w akumulatorki!

Wiem, że miś jest niezastąpiony w ciągu dnia, kiedy to wytwarza wokół Edzia strefę spokoju. Jednak zasypianie przy szumie nie działa jak magiczna różdżka, naszego synka musieliśmy nauczyć zasypiania i spania podczas szumienia misia. Trwało to kilka tygodni, jednak zdecydowanie było warto!


POZYTYWKA


Na wypisie ze szpitala było tylko jedno zalecenie: 'muzykoterapia'. Ponieważ jestem typem mamy, która bierze takie sugestie do siebie, a przy tym kompletnie nie znam się na muzyce, postanowiłam wypróbować pozytywkę. Pomyślałam, że choć trochę spełni zadanie umuzykalnienia i będzie miłym wymiennikiem dla szumisia.

Nasza pozytywka to "Owieczka" od Canpol babies. Uruchamia się ją przez pociągnięcie za ogonek, na którego końcu jest gryzak. Spokojnie z nakręcaniem zabawki radzi sobie dwulatek, co jest dużym plusem, bo Ignaś czuje się pomocny w opiece nad młodszym braciszkiem. Dźwięk jest przyjemny, choć bez możliwości regulacji.

Owieczka jest uroczą zabawką, jednak materiał z którego jest wykonane białe futerko nie jest zbyt przyjemny w dotyku. Raczej jest to pozytywka do powieszenia, a nie tulenia. A jeśli o wieszanie chodzi, to niestety mocowanie jest dość kiepsko przewidziane. Praktycznie nigdzie nie mogę jej powiesić ot tak, zawsze muszę wspomagać się dodatkowym klipsem. Kolejny minus to fakt, że przy nawet najmniejszym dotknięciu pozytywka wydaje jakiś dźwięk. Wyobraźcie sobie, że nocą odkładamy ululanego na rękach Edzia i nagle słychać brzdęknięcie Owieczki, które momentalnie budzi maluszka. Kiepsko...

Zapewne gdybym miała możliwość jeszcze raz wybrać pozytywkę sprawdziłabym nie tylko melodię którą gra, lecz również jak długo działa przy jednym nakręceniu. Dodatkowo warto sprawdzić możliwość mocowania w różnych miejscach oraz stabilność.

Pozytywka to ciekawe rozwiązanie, jednak nie niezbędne. Dopiero koło 5 tygodnia życia Edi zaczął przysłuchiwać się z ciekawością melodii. Noworodkowi zapewne wystarczy śpiew mamy, ewentualnie starszego rodzeństwa!


OTULACZ


Otulanie ma za zadanie sprawić, że noworodek poczuje się jakby znów był w maminym brzuszku. Już na porodówce położne pomagają młodym mamom otulać swoje pociechy w pieluszki. Dla wprawionej mamy szczelne owinięcie zajmuje dosłownie chwilę i otulacz może okazać się zupełnie zbędny. Mi jednak często zdarzało się, że Ignaś rozkopywał się z zawiniątka, a nocą, po ciągłych karmieniach i zmianach pieluch, nie miałam już cierpliwości zawijać go ponownie w kocyki. Dlatego przy drugim synku zdecydowałam się na zakup otulacza.

Najbardziej popularnym otulaczem jest Woombie, jednak ja wybrałam polski produkt Tulik, który jest równie dobry, a przy tym zdecydowanie tańszy. Ich hasłem jest "Zakładasz. I śpi". No... niestety u nas tak to nie wygląda. I szczerze wątpię, czy u innych rodziców dzieci same zasypiają będąc w Tuliku. Ale czego nie robi się dla dobrej reklamy.

To co dobre, to wygoda użytkowania. Zapinasz zamek i gotowe, maluszek jest otulony i gotowy do snu. Bez problemu poradzi sobie z użyciem każdy zaspany rodzic. Dodatkowy plus, to zamek rozpinany również od dołu. Przy nocnej zmianie pieluszki jest niezastąpiony. Zdecydowanie zmniejsza wystąpienie efektu Moro (gwałtowny ruch rączek i nóżek), dzięki czemu noworodek rzadziej wybudza się podczas drzemek.

Producent otulaczy twierdzi, że używanie Tulika sprawi, że maluszek zacznie sam zasypiać i przyniesie ukojenie przy kolkach. Przez nasze 6 tygodni używania ani razu żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. Jak Edi nie mógł spać, to pomagało tylko tulenie. Jak miał kolkę, otulacz kompletnie nie dawał rady. Możliwe, że zacznie działać po dłuższym używaniu, bardzo chciałabym by tak było.


PODSUMOWANIE

Wiem, że nie istnieje magiczna różdżka, która momentalnie uśpi noworodka, ale wokół tyle słyszy się o działających metodach, że postanowiłam sama je wypróbować na własnej skórze (a raczej skórze własnego syna).

Planując sobie pomagaczeh i uspokajacze dla mojego jeszcze nienarodzonego synka najbardziej liczyłam (nauczona doświadczeniem) na smoczki i otulacz. I tu czekała mnie niezła niespodzianka - otulacz kompletnie nie zdał egzaminu, wprawdzie ogranicza ruchy rączek, ale Edi bardzo się buntuje gdy w nim leży. Ze smoczkiem idzie nam nieco lepiej - po 6 tygodniach używamy go jako pomocy przy zasypianiu. Szumiś to odkrycie, na które po cichu bardzo liczyłam, ale nie wiedziałam jak szumienie będzie odebrane przez maluszka. Rzeczywiście jest to rzecz, której trzeba się nauczyć. Teraz z szumiącego misia korzystamy przez cały dzień, by wyciszyć dźwięki z otoczenia i w nocy, by ukoić malucha do snu. Pozytywka natomiast zaczęła być przydatna zaraz po okresie noworodkowym, dopiero koło 5 tygodnia życia.

Jedyne czego potrzebuje noworodek to ciepło rodzica, mleko i sucha pieluszka. Planowałam różne pomagacze, a życie po raz kolejny pokazało, że maluszek chętniej niż w tuliku leży w ramionach babci, a zamiast szumu woli głos taty. Prawda jest taka, że każdy noworodek jest inny i każdemu coś innego podpasuje z wymienionych pomagaczy.

Ponad dwa lata temu pisałam post o sześciu gadżetach niezbędnych młodej mamie (link do posta TUTAJ). W tym momencie mogłabym się ograniczyć do dwóch najważniejszych, które są na początku listy: chusta do noszenia (uwalnia ręce!) i piłka do ćwiczeń (błogosławieństwo dla kolan i kręgosłupa). To dzięki nim przetrwaliśmy okres noworodkowy i wkraczamy dumnie, bogatsi o nowe doświadczenia, w ekscytujący okres niemowlęcy.

2 komentarze:

  1. Ja polecam jeszcze Mr. B. Świetna zabawka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam i przy pierwszym synku, i przy drugim. Niestety u nas kompletnie się nie sprawdził :(

      Usuń