poniedziałek, 23 czerwca 2014

Torba do szpitala - Szpital Kliniczny w Gdańsku - co się przydało, a co było zbędne?

Pamiętam jak się stresowałam i z jaką dokładnością i starannością pakowałam torbę do szpitala. Są rzeczy, które sprawdziły się rewelacyjnie, ale są i też takie, które były całkowicie zbędne!




Poród, kiedy to było? To chyba w jakimś innym świecie się działo!
Tak, bolało.
Tak, krzyczałam.
Tak, pamiętam wszystko.


Ale teraz mam Ignasia i ten cały poród i pobyt w szpitalu to tylko wspomnienie.


Gdy wracam myślami do tego czasu to od razu się uśmiecham. Ile ja serca wkładałam w przygotowywanie ubranek, czy pakowanie torby do szpitala. Dobrze, że miałam możliwość nacieszyć się tymi przygotowywaniami, bo przecież już więcej takiego beztroskiego okresu nie będę mieć w swoim życiu, a przynajmniej nie będę mieć za szybko ;)




Wracając do tematu torby szpitalnej - w Szpitalu Klinicznym w Gdańsku kompletnie nikt nie zwrócił uwagi na to, czy mam jedną torbę, czy trzy. Czy wielkie i ciężkie, czy małe i zgrabne. Kompletnie nikogo to nie obchodziło!
Podczas porodu torba leżała w rogu sali tak, żeby nikomu nie przeszkadzać, a żeby mój mąż miał do niej blisko i  zawsze mógł sięgnąć po jakiś niezbędnik. Po porodzie wrzucono mój bagaż na łóżko i przewieziono mnie do sal położnic. Tam miałam miejsce obok łóżka, czy nawet pod nim, także nadal mój bagaż nikogo nie interesował.
Może  gdybym miała plecak ze stelażem i kilka siatek to ktoś zwróciłby mi uwagę. W przypadku jednak pakowania torby nie ma co się zbytnio stresować jej wielkością :)


Mój pobyt w szpitalu był dłuższy niż standardowy, także i potrzeby były większe. Ale pakowanie będę rozpatrywać pod względem najkrótszego pobytu w szpitalu.




Zaczynamy:

- opcja jedna wspólna torba sprawdziła się dla mnie wyśmienicie. Gdy zaczęła się akcja porodowa złapałam zapakowaną torbę, dołożyłam rzeczy do spakowania na ostatnią chwilę (miałam je wypisane na kartce dołączonej do torby, był to dobry pomysł, bo o 5 rano nie o wszystkim bym pamiętała) i pobiegliśmy na taksówkę.
- pakowanie w siatki było bardzo wygodne. W szpitalu było bardzo czysto, ale i tak czułam się lepiej, gdy wyciągałam czyste ubranka czy pieluchy z zamkniętego worka. Warto wziąć też dodatkowe puste siatki na odkładanie osobno rzeczy do prania i oddanie mężowi podczas wizyty (sprawdza się przy dłuższym pobycie).
- nie patrz na wielkość swojego bagażu. Jeśli będziesz lepiej się czuła mając przy sobie zapasy na tygodniowy pobyt, to proszę ciebie bardzo :) Wychodzę z założenia, że lepiej mieć czegoś za dużo, niż by miało zabraknąć.
- wcześniej odwiedziliśmy szpital, wiedziałam więc, że mój mąż będzie musiał kupić pokrowiec na buty i fartuch, żeby móc uczestniczyć w porodzie. Sprawdziliśmy ceny w automatach i przygotowaliśmy odliczone kwoty pieniędzy na te sprawunki. Dodatkowo kasa na taksówkę.



Co się zdecydowanie przydało?

- rzeczy totalnie oczywiste: wyniki badań krwi, karta ciąży, dowód osobisty, portfel i telefon z ładowarką.
- koszula do rodzenia + klapki.
- w czasie porodu sprawdziły się: woda do picia z dzióbkiem, wachlarz, woda termalna.
- torba opisana 'po porodzie' dla mamy – po trudach porodu marzyłam o ciepłym prysznicu. Byłam taka obolała, że przez godzinę albo i dwie siedziałam na brzegu łóżka i zbierałam siły, żeby wybrać się pod prysznic. Wiem, że koleżanki dzwoniły po położne, które pomagały, ja chciałam być dzielna-samodzielna. Wygodnie było wziąć gotową torebkę a nie szperać w torbie zbierając rzeczy do kupy. Przydało się w niej: czysta koszula, stanik do karmienia, majtki z podkładem, żel do mycia i ręcznik.
- podkłady poporodowe, podkłady na łóżko, papier toaletowy – te rzeczy schodziły w olbrzymiej ilości. Teraz zapakowałabym ręcznik osobny na każdy dzień pobytu, bo jednak przyjemniej się wytrzeć w czyste. Tak samo czysta koszula na każdy dzień, biustonosz i kilka par majtek – te siateczkowe sprawdziły się dużo lepiej od majtek jednorazowych.
- szlafrok – lekki, żeby narzucić na piżamę gdy wychodzimy do pokoju odwiedzin. Mi położne mówiły, że szlafrok jest zbędny, bo na oddziale jest bardzo ciepło. To fakt, ale z maluchem często trzeba było wędrować po szpitalu, np. na usg główki, czy do pokoju odwiedzin. Wtedy warto coś na siebie zarzucić, żeby nie paradować w piżamce.
- kubek i sztućce! - oczywiście jeśli zapomnisz, to pani roznosząca obiad pożyczy ci wspólne naczynia, ale pracownicy szpitala oczekują, że przyniesiesz własne. Talerze na szczęście zapewniają ;)
- woda, woda, woda! Warto pić jej dużo po porodzie i przy karmieniu piersią. Ja wypijałam 3 litry dziennie, więc jeśli trafi się poród porą nocną to dobrze mieć spakowaną dużą butlę. Codziennie rodzina może przynosić zapasy (odwiedziny są przez cały dzień).
- krem na brodawki! W szpitalu były dostępne próbki, ale przyznaję, że lanolina schodziła w dużych ilościach!
- oczywiście kosmetyki w nieprzemakalnej kosmetyczce: sprawdziły się jednorazowe próbki i Tantum Rosa w spryskiwaczu.
- długopis i notes – co chwila wpadałam na pomysł co mi się przyda, co bym zjadła, co wypiła itd. Spisywałam listę, którą później dyktowałam mężowi („Wkładki znajdziesz na szafce w rogu w sypialni. Są na pewno, zajrzyj dokładniej. W fioletowym pudełku. Są? Jak to nie ma? Muszą być. Tak, okrągłe. No widzisz, to weź 6 sztuk. Możesz zapakować w siateczkę strunową. Gdzie je trzymamy? No w kuchni pod kuchenką...”).
- żałuję, że nie miałam osobny klapek pod prysznic. Jednak myłam się kilka razy dziennie i nie było przyjemnie wędrować w mokrych klapkach. Poprosiłam męża, żeby doniósł mi kapcie.
- dla noworodka: u mnie sprawdziły się pajacyki. Miałam ich za mało. Pod pajacyk można założyć body z krótkim rękawkiem. Liczyłabym teraz po jednym albo po dwa takie komplety dziennie. Czapeczki nie zakładałam, ale widziałam, że inne dzieci mają. Oczywiście pieluszki jednorazowe (pół paczki było ok), pieluchy muślinowe (3 szt.), ręcznik do kąpieli, kocyk lub becik. Panie w szpitalu pytają się, czy chcemy kąpać noworodka. Jeśli tak, to warto mieć swój żel i oliwkę, bo inaczej umyją nam w żelu Johnson's.
- aparat fotograficzny – ja miałam komórkę, ale żałuję, że zrobiliśmy tak mało zdjęć. To są takie cenne chwile, które tak szybko umykają, warto więc uwiecznić moment pobytu w szpitalu na fotografiach.



Co było zbędne?

- torba dla położnej z ubrankami maleństwa. Mąż był totalnie zakręcony i zapomniał o tym woreczku, położna natomiast nawet nie wspomniała o ubrankach dla noworodka. Zapakowali go w to, co mieli i było dobrze :)
- jedzenie na czas porodu – miałam przygotowanego wafelka, żelki, lizaka. Z nudów w pierwszym etapie porodu jedliśmy z mężem żelki, ale do sali porodowej podano mi posiłki: śniadanie, obiad i kolację. Wiem, że pracownicy szpitala pilnują, żeby odłożyć dla kogoś posiłek po porodzie, także z głodu nie umrzemy. A przyznam szczerze, że jedzenie było dobre (i mówię to ja, istota niezwykle wybredna!). Melisa też była zbędna, do posiłków zapewniają ciepłe picie a w ciągu dnia piło się głównie wodę.
- podkłady porodowe podczas porodu – szpital zapewnia na ten czas środki jednorazowe, także wkłady, podkłady warto mieć spakowane, ale przydadzą się dopiero w sali położnic.
- wkładki laktacyjne – w pierwszych dniach były mi kompletnie zbędne. Warto mieć przy sobie niewielką ilość.
- książka do czytania. Jestem molem książkowym, ale po porodzie leżałam i patrzyłam na maleństwo. Siostra przyniosła mi stos gazet, założyła, że podczas tygodniowego pobytu w szpitalu będę się nudzić. A gdzie tam! Cały czas było coś do roboty, a to obchody lekarskie, a to badania dodatkowe, opieka nad maleństwem, odwiedziny rodziny, czy choćby drzemka. Na czytanie nie miałam kompletnie czasu.
- żel antybakteryjny do rąk – przy każdym zlewie było mydełko i żel, zapasy były uzupełniane codziennie.
- leki przeciwbólowe – zapewniał je szpital w razie potrzeby.
- niedrapki dla noworodka – dla mnie rzecz kompletnie zbędna. Nie założyłam ich ani razu: na początku maluszek lubił być ciasno wiązany z rączkami w środku, a później w domu zaczęłam już obcinać mu paznokcie.


Odwiedziny są możliwe przez całą dobę, także nic nie stanie się, jeśli czegoś zapomnimy. Zawsze też można coś pożyczyć od koleżanek z sali. Położne w Szpitalu Klinicznym są naprawdę bardzo miłe i pomocne, chętnie pomagają i doradzają. Nie ma się więc co stresować!
Poród mija rachu ciachu, pobyt w szpitalu to też mgnienie oka. Ważne, że mamy swoje dzieciątko przy sobie. Cała reszta przestaje być istotna :)

6 komentarzy:

  1. Właśnie szykuję się na pierwsze zajęcia w Szkole Rodzenia i przeglądam Twój blog, ciekawe czy u mnie też tak fajnie szpital się opiekuje Mamami :) mam nadzieję że tak.
    A Twoja lista już zapisana w zakładkach do weryfikacji "na później", po powrocie ze szkolenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło :) Wydaje mi się, że zawsze można trafić na położną, która ma gorszy dzień, ale przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i warto być miłym dla siebie nawzajem :)

      Usuń
  2. O prosze na liscie must have jest kilka rzeczy ktorych u mnie w torbie jeszcze nie ma... trzeba nadrobic!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że post był pomocny. Trzymam kciuki za udane rozwiązanie ;)

      Usuń
  3. Mam pytanie czy wcześniej umawiałaś się z położną z Kilinicznej? znałaś jakąś? Którą Panią szczególnie polecasz? Chciałabym wybrać sobie położną środowiskową z Klinicznej ale nie mam pojęcia którą :)

    Z góry dziękuję za pomoc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znałam jedną położną polecaną przez moją szkołę rodzenia, oprowadzała nas wcześniej po porodówce. Niestety nie spotkałam jej ani razu podczas pobytu w szpitalu, bo okazało się, że pracuje głównie na patologii ciąży. Nie byłam zbyt zadowolona z jej wizyt, bo przyszła do nas RAZ!!, a pozostałe wizyty odwoływała w ostatniej chwili, mimo, że ją potrzebowaliśmy. Może dopytaj się w swojej szkole rodzenia kogo polecają? Położne na Klinicznej były bardzo miłe i pomocne, mimo, iż poznałam je dopiero po porodzie.

      Usuń